Pierwszy Rok
Dawno temu, jeszcze za czasów gdy słynna Bellatrix Black uczęszczała do Hogwartu, podkochiwała się ona w jeszcze słynniejszym śmierciożercy i jej przywódcy, Lordzie Voldemorcie. Wiedząc że nie może kochać, wyszła za zwykłego mężczyznę, nie tak niezwykłego jakim był sam Voldemort. Mowa tu o Rudolfie Lestrange. Bellatrix przyjęła jego nazwisko jednakże nadal jej uczucie wobec Pana nie słabło. Z czasem była jego prawą ręką. Przyjaciółką, sojuszniczką i pomocniczką. Bella bardzo cieszyła się z bliskości jaką zaoferował jej nieświadomy Voldemort. Prowadziło to do pewnej konfromtacji, o której będzie mowa niebawem. Starając się nie pogarszać i tak już złej sytuacji do której doprowadziła, wycofała się ze swoich postanowień. Postanowiła stłumić potężne uczucie na tak długo, jak się da. Bellatrix zajęła się w małym stopniu obowiązkami śmierciożerczyni i żony. Nie zapominała jednak o tej wpadce do końca życia.
Historia dzieje się w niedalekiej przyszłości kiedy to niebawem zaczyna się nowy rok szkolny w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hagwart. Dzieci Lily, Veronica i David nie byli przygotowani do nowego doświadczenia. Byli oni wychowywani przez ciotkę Melody w małym domku na wsi. Nie znali oni swoich rodziców jednak wiedzieli że nie są jak wszyscy. Po pierwsze umieli czarować i byli czystej krwi czarodziejami. Znając swoje umiejętności czekali dość długi czas na listy. David ogromnie się ucieszył z notki, nie to co dziewczyny. Były nastawione raczej z dystansem.
Lily urodziła się jako pierwsza i była bardzo urodziwą nastolatką. Następna była Veronica i prawie niczym się nie różniła od siostry. Była tylko odrobinę mniej pewna siebie. David nie pasował do sióstr. Miał blond włosy i zielone oczy. Dziewczyny miały włosy brąz i ciemne oczy. Był bardziej zacofany i nieco nieogarnięty.
Gdy przyszedł 1 września bardzo podekscytowany David pojechał z ciotką Melody na stację Kings Cross. Dziewczyny zostały w domu bo nie były jeszcze zdecydowane co do nauki w tej szkole. Po zaledwie 3 tygodniach otrzymały sowę od brata że dostał się do Gryffindoru. Do aroganckich, przepełnionych dumą gryfonów. Veronica i Lily postanowiły nie odpisywać na list i nigdy już nie zawracać sobie głowy gryfonem. Można by powiedzieć że go wydziedziczyły.
Po dwóch jakże nudnych tygodniach od dostania listu Davida dziewczyny wybrały się z ciotką na ulicę Pokątną. Ledwo zdążyły kupić ostatnie kociołki i sowy. Wsiadły do pociągu na stacji 9 i 3/4, który teraz już coraz rzadziej kursował. Pomachały pulchnej kobiecie z którą spędziły całe swoje życie i patrzały jak powoli znika z pola widzenia. Rozsiadły się wygodnie i kupiły sobie po jednej paczce fasolek wszystkich smaków. Podróż nie była męcząca mimo że droga była dość długa. Śmiały się z opowiadanych żartów i wyobrażały sobie swoje dormitoria.
-Ciekawe do jakiego domu przydzieli nas tiara...- jąkła Veronica spoglądając żałośnie za okno.
-Oby nie Gryffindor... I Hufflepuf. Chociaż czuję, że do Ravenclawu nas nie przydzieli. Pozostaje tylko Slytherin. Ciekawa jestem jakie będą nasze współlokatorki.-powiedziała Lily wkładając fasolkę do ust. Na całe szczęście okazała się karmelowa.
Veronica spojrzała na siostrę i przytaknęła lekko. Dziewczyny robiły zakłady, która pierwsza natknie się na smak wymiocin. Po długiej rywalizacji Veronica wygrała. Na horyzoncie można już dostrzec wieże astronomiczną i dachy Hogwartu. Pełne odwagi dziewczyny opuściły pociąg i udały się do przystani. Hagrid zaprosił dziewczyny do jednej łódki a sam wszedł do innej, większej.
-Holibka... Ale się porobiło. Dumbledore powinien teraz siedzieć w swoim gabinecie. Musicie iść do niego i ten tego...- mówił zakłopotany drapiąc się po brodzie.
-Tak, tak. Pójdziemy.-powiedziała Veronica nawet nie odwracając głowy od pięknego zamku.
Dalsza podróż przez jezioro była cicha i bezduszna. Słychać było tylko delikatny szum wody, która lekko obijała łódkę i ciężki oddech olbrzyma.
Docierając na drugi brzeg Hagrid oznajmił dziewczynom, aby zostawiły tu bagaże i czym prędzej udały się do dyrektora. Jak powiedział, tak uczyniły. Udały się pospiesznie krętą drogą prowadzącą do wielkich, drewnianych wrót. Otworzył im woźny, Filch.
-A kogo my tu mamy...?- pytał przymrużając oczy i podnosząc brwi. Kotka wyślizgnęła się z jego płaszcza i wbiła swoje ślepia w nastolatki.
-Lily i Veronica Riledd. Dwie spóźnione uczennice. Zaraz Hagrid przyniesie tu nasze walizki. Mamy czym prędzej pojawić się w gabinecie dyrektora. Lepiej się odsuń i daj nam już iść bo się spóźnimy.-rzuciła ostro Veronica pałając do niego czystą nienawiścią od pierwszego wejrzenia.
Zdezorientowany woźny odsunął się i je przepuścił. Lily prowadziła je, mając nadzieję że w dobrym kierunku. Nie omyliła się jednak dużo, bo poszły ledwie drzwi dalej. Spotkały profesor McGonagall, która zaprowadziła je do kamiennego ptaka.
-Cytrynowy sorbet.-powiedziała i machnęła rękoma.
Ptak momentalnie zaczął kręcić się wokół własnej osi i podnosząc coraz wyżej. Im wyżej się znajdował, tym więcej schodów spod niego się wysuwało. Kobieta weszła na trzeci schód i pociągnęła Veronicę i Lily za sobą.
Droga nie była długa. Widziały przed sobą dębowe drzwi, w które Minerva zapukała trzykrotnie.
-Proszę, proszę.- rozległ się cichy, ochrypły głos. Profesor Dumbledore siedział na dużym krześle za szerokim biurkiem.- Dziękuję Minervo, możesz odejść. Dziewczynki podejdźcie proszę. Jako że nie zjawiłyście się na przydzielaniu do domów, to będę zmuszony zrobić to teraz. Panno Lily...- wskazał stare krzesło obok którego na małym stoliku leżała zakurzona czapka.
Lily usiadła niepewnie a Albus nałożył jej czapkę.
-Hmm... Ciekawe...-zaczęła czapka- Znam Cię. Od dawna Cię znam.- profesor zrobił zaskoczoną minę.- Ktoś taki jak ty był tu daawno temu... Jesteś bystra, przebiegła... SLYTHERIN!- wykrzyknęła w końcu. Zestresowana dziewczyna zeszła z krzeszła i mrugnęła do siostry.
-Panno Veronico... Proszę, ale szybciutko.- powiedział prędko Dumbledore.
-Jesteś taka podobna do siostry... SLYTHERIN!
Dziewczyny wiedząc już wszystko, wyszły z gabinetu i udały się do lochów. Przechodzący ślizgon wypowiedział słowa "Zielony wąż" i przejście się otworzyło. Szły w kierunku dormitoriów gdy nagle cały pokój wspólny zaczął się na nie patrzeć. Lily uniosła wysoko głowę i poszła dalej. Veronica poszła w jej ślady tylko bardziej się skuliła niż wyprostowała. Doszły do pokoju numer 4 i otworzyły bez pukania. Było w nim 5 łóżek a tylko 3 właścicielki.
-Widzę że dobrze trafiłyśmy.- uśmiechnęła się Lily
-Tak! Jestem Emily. Emily Chang.-powiedziała dziewczyna wstając z kanapy i podając rękę najpierw Lily potem Veronice.
-Lily i Veronica Riledd.- powiedziały chórem dziewczyny.
-Annabeth Affird.-powiedziała ładna blondynka odkładając książkę z powrotem na półkę.
-Miło mi.- uśmiechnęła się wesoło Veronica.
-A ja...-wstała z łóżka i podeszła prawie do reszty nastolatek- Rose. Rose Zabini. Mam też brata, Blaise'a Zabiniego.- delikatnie się uśmiechnęła.
-A co do rodzeństwa to ja mam siostrę w Ravenclaw'ie. Nazywa się Cho.- dodała Emily.
Dziewczyny się bardzo polubiły i wywarły na sobie ogromnie dobre wrażenie. Walizki rodzeństwa Riledd leżały już na łóżkach. Lily szybko się rozpakowała i zabierając piżamę poszła do łazienki zajmując ją na pół godziny. W ten czas Veronica powolnie się rozpakowała i dowiedziała co nieco o szkole. Wychodząc z łazienki Lily potknęła się o jakąś książkę na ziemi i omal nie upadła. Dołączyła do miłej rozmowy a po 20 minutach ułożyła się do snu jak po czasie postąpiły również jej nowe przyjaciółki.
Następny dzień był raczej zwyczajny. O 6:30 Annabeth obudziła przyjaciółki na śniadanie. Dziewczyny zbierając się dość szybko zeszły na dół w lekkim pośpiechu. Po drodze minęły masę uczniów. Veronica wpadła na pomysł aby zaczekać aż wszyscy ślizgoni usiądą na swoich miejscach i wtedy wypatrzą wolne miejsca. Jak powiedziała tak też uczyniły. Wypatrzyły akurat aż nad dwa miejsca przy końcu stołu. Poszły i usiadły. Było tam tak dużo miejsca że jedna z nich mogła zająć aż dwa miejsca. Nie rozwalały się jakoś bardzo. Nałożyły sobie trochę naleśników i trochę tostów na talerze. W kubkach miały sok pomarańczowy. Lily siedziała na końcu stołu i cieszyła się, że nie siedzi obok jakiejś płytkiej dziewczyny czy pustego chłopaka.
Rozpoczęcie Piątego Roku
Rozpoczyna się właśnie nowy rok w starej szkole. Piętnastoletnie już Lily i Veronica po za domem nie rozmawiają z bratem. Uznawały to za zdradę krwi jakkolwiek komicznie to brzmiało. Siedziały już przy stole Slytherinnu i patrzały jak młodziki siadają na krześle przy tiarze. Annabeth siedziała naprzeciwko Veronici a Lily obok siostry. Obok Annabeth naleśniki zajadała Emily a koło niej Rose. Wszyscy przy stole jedli lub patrzeli na młodych uczniów. Cała piątka przyjaciółek bardzo dobrze się dogadywała i miała dobry kontakt. Razem się uczyły i wychodziły na spacery. Miały podobne zainteresowania i pasje.
-Ej! Veronica!- zawołała cicho Rose.
-Hmm?- przybliżyła się młodsza siostra.
-Mój brat się cały czas na Ciebie patrzy. Zagadaj do niego!- uśmiechnęła się szeroko. Veronica spojrzała na Blaise'a i znów odwróciła się w stronę przyjaciółki.
-Nie.- powiedziała i zaczęła jeść.
-Veronica...Możemy porozmawiać? Tak na osobności?- spytała Lily potrząsając jej ręką.
-Jasne.- odpowiedziała i wyszły z Wielkiej Sali.
-Słuchaj. Dlaczego nie zagadasz do brata Rose. Wiem że jakoś ładny, umięśniony i sympatyczny nie jest ale myślę że mogło by Wam wyjść.- uśmiecha się zatroskana siostra.
-Lily?! Czy ty się słyszysz?! Nie mogę tak! Nie znam go nawet!
-Oh, okej...
Lekcje minęły dość nudno. Siostry czekały na zakończenie lekcji, bo miały wyjść na błonie się przejść. Gdy zabrzmiał dzwonek, wybiegły jako pierwsze. Najpierw popędziły do lochów żeby odłożyć książki i się przebrać. Tam, na łóżku Lily leżał list. Lily zakłopotana zabrała go i otworzyła pospiesznie. Okazało się że był od ciotki Melody. Treść była jasna "Dzisiaj o 16. Błonie. Ciotka Melody.". Lily pokazała list Veronice i podeszła do kominka.
-Komu by się chciało taki kawał jechać...-powiedziała Veronica patrząc na Lily.
-Cioci Melody najwidoczniej.- powiedziała Lily puszczając oczko.
Gdy dochodziła 16, dziewczyny wyszły z zamku i poszły na błonie. Obok drzewa siedziała pulchna kobieta, która wychowywała dzieci.
-Kochane moje... Usiądźcie, proszę.- dziewczyny usiadły i uważnie patrzały na ciotkę.- Wiem że nie powinnam tu przyjeżdżać w roku szkolnym... ale miałam Wam to powiedzieć w domu. Ale nie chciałam przy Davidzie. Chcę Wam zdradzić kim .. oh, to takie trudne. Kim są Wasi rodzice.-Lily i Veronica pobladły- Znacie Bellatrix Lestrange i Lorda Voldemorta?
-Tak... ale... Oni ich zabili?!- pyta przerażona Veronica.
-Nie do końca. Oni są... Waszymi... Rodzicami...-Melody się kuli. Dziewczyny w jednym momencie miały jakby zapaść się pod ziemię.
-Nie byliście planowani. Zaskoczyli tym wszystkich. Rada śmierciożerców postanowiła Was ukryć. I od tamtego czasu mieszkaliście ze mną... Ale nie przychodzę tu tylko po to. Voldemort wrócił. Ale nie ma sił. Razem z Bellą wrócili z wojny. Postanowili przebywać na razie we Wrzeszczącej Chacie. Więc możecie ich odwiedzić... jak będziecie gotowe. Nie mówcie Davidowi. On i tak jest już wycofany odrobinkę. Dziękuję że wysłuchałyście. A teraz... muszę już wracać. Trzymajcie się dziewczynki...- i odeszła ciotka zostawiając zaskoczone i zmiażdżone prawdą siostry. Siedziały tam jeszcze godzinę nim któraś się odezwała. Oparły się obie o pień i kilka krotnie przetwarzały podane im informację.
Do dziewczyn podeszła trójka przyjaciółek. Usiadły przy Lily i Veronice.
-Ej.. Co macie takie miny?- pyta Emily.
-Była tu nasza ciotka. Całe życie z nią mieszkałyśmy a teraz przyjechała tu by nam powiedzieć kto jest naszymi rodzicami...- mówi załamana Veronica.
-No i? Kto nimi jest?- pyta stanowczo Annabeth.
-Bellatrix Lestrange i Lord Voldemort.-mówi sucho Lily z taką powagą na twarzy na jaką ją stać.
-Zaraz, nie żartujesz?- pyta zmieszana Rose.
-A wyglądam tak?!- podnosi głos Veronica.
Dziewczyny także nic nie mówią. Po pół godzinie dziewczyny zebrały się i ruszyły do zamku. Ominęły Wielką Salę i szły prosto do lochów. Siostry szybko się umyły i przebrały i dużo wcześniej poszły spać.
Tak samo rano dużo wcześniej wstały więc się ubrały i wyszły już wcześniej. Usiadły na schodach.
-I co teraz?- pyta Veronica.
-Nikomu nie mówimy. Staramy się żyć jak wcześniej. Wszyscy myślą że jesteśmy Riledd.- mówi Lily.
-Zauważyłaś że nasze nazwisko ma przestawione literki? Riledd i Riddle.- uśmiecha się żałośnie Veronica.
-Lily Riddle, nie Riledd. Veronica Riddle, nie Riledd. To okropne...- wzdycha Lily.
W tym samym czasie ktoś z wyższych schodów, ktoś w cieniu uciekł w stronę dormitoriów chłopców.
-O nie! A jak ktoś to usłyszał?-piszczy Veronica. Lily ma tylko zaskoczoną minę.
Dochodziła godzina 6:30, więc dziewczyny wróciły do dormitorium by obudzić pozostałe przyjaciółki. Miny miały raczej sposępniałe.
-Czemu takie smutasy z Was?- pyta dziecinnie Veronica.
-A wy nie jesteście przygnębione? Jesteście dziećmi samego Lorda Voldemorta i Bellatrix Lestrange!- mówi niedobudzona Annabeth.
-Jakoś postaramy się z tym żyć. Ale wy nie możecie się tym zadręczać. To nasza sprawa...-mówi Lily i budzi Emily, która dziś ewidentnie nie ma sił wstawać- Dziewczyny... Wpadłam na dość głupi pomysł...- powiedziała nieśmiało.
-Jaki?- pyta szeroko uśmiechnięta Rose.
-Może zorganizujemy sobie jakieś spotkanie szczerości czy coś w tym stylu.- zaśmiała się słabo.
-Haha, no może wypalić. Tylko kiedy i gdzie?- wstaje Emily.
-Emi!- Annabeth rzuca w jej stronę poduszkę- Ty żyjesz!
-A no jeszcze tak.- zaśmiała się radośnie Emily.
-Może dwa razy w tygodniu? Wtorki i soboty? O 16?- Veronica siada na łóżko.
-Tak!- odparły radośnie Lily, Rose, Annabeth i Emily.
-Więc ustalone. A teraz się szykujcie.- rzuciła Lily.
Dziewczyny w radosnym towarzystwie opuściły lochy i maszerowały w stronę Wielkiej Sali. Minęły wielu uczniów. Gdy dotarły na salę, wszyscy momentalnie wejrzeli na siostry Riddle. Chłopak musiał rozgadać. A plotki rozchodzą się w Hogwarcie tak szybko, jak goryle Malfoy'a do jedzenia. Tysiące oczu wpatrywało się jak bezbronna Veronica i Lily stoją jak dwa słupy soli.
-Nie dajmy im powodu, żeby w to wątpili..- szepnęła Lily. Veronica spojrzała na nią dziwnie- Niech wiedzą że jesteśmy Riddle. Niech się nas boją...
Dziewczyny podniosły głowy i się wyprostowały. Z czasem spojrzenia słabły na sile. Usiadły przepełnione dziwnym uczuciem. Lily nałożyła sobie jajko sadzone na talerz i nalała soku jabłkowego. Veronica chyba straciła apetyt bo nałożyła ledwie jednego tosta. Z dalszych części ślizgońskiego stołu było słychać szepty "To córki Voldemorta","Przyszły tu by nas wszystkich zabić","Voldemort wykorzystuje córki żeby nas zabić","Jak to w ogóle możliwe?!". Lily nie robiła sobie z tego jakieś większej sprawy ale Veronica była widocznie przejęta. Jadły w ciszy. Ich przyjaciółki były zmartwione.
Nagle, ni zowąd wybiegł na środek sali jakiś ślizgon. Był widocznie przestraszony. Zaczął wykrzykiwać różne rzeczy.
-To one! To córki Czarnego Pana!- wskazał na dziewczyny palcem- On je tu przysłał! Może chce odbudować swoją armię i szuka jej tu?! Trzeba je zamknąć albo nawet zabić! Bierzcie ją! To Czarny Pan nie weźmie nas!- profesor Snape złapał go za szatę i wywlókł przez drzwi.
Sala ucichła i zaczęła panować grobowa cisza. Przejęty Dumbledore wstał ze swojego dostojnego miejsca i dumnie przygładził dość długą brodę.
-Szanowni uczniowie. Spójrzcie na siebie. Jesteście przerażeni, boicie się. To zrozumiałe. Ale niezrozumiałe jest to, że naskakujecie na dwie niewinne dziewczyny. Przecież one ledwo wczoraj się o tym dowiedziały. Całe życie wychowywały się z ciotką, nie wiedząc, że ich rodzice w ogóle żyją. Czy rozsądne jest sądzić dwie panienki za prawdę, która zmieniła a nawet zniszczyła im całe życie? Proszę Was o wyrozumiałość w imieniu Lily i Veronici Riddle.- nazwisko wymówił bardzo spokojnie ale i tak sala po jego usłyszeniu zaczęła szeptać.
Kończąc posiłek wszyscy udali się do sal, w których następnie zaczęły się lekcje. Wszyscy raczej trzymali się się z dala od Lily i Veronici. Chyba bali się, że rzucą Avadę czy coś w tym stylu. Niestety, dziewczyny nie były nawet śmierciożercami. Znosiły dziwne miny uczniów i ich zaczepki. Na posiłkach w Wielkiej Sali czuły na sobie wiele spojrzeń. Ale mimo to Lily zawsze odwracała się w stronę natrętnych uczniów z lekkim uśmiechem i grozą w oczach. Niemal natychmiast wszyscy się odwracali.
Wtorek, godzina 16. Piątka przyjaciółek zebrała się w pokoju gotowe do szczerej rozmowy. Wszystkie miały spodnie i koszulę domu, a Lily ubrała ciemną sukienkę do kolan z dużym wcięciem na plecach. Zaproponowała aby wszystkie usiadły w kręgu, co też uczyniły.
-Więc zacznijmy w końcu.- powiedziała Veronica siadając po turecku.
-Ale o czym mamy mówić?- spytała zaciekawiona Rose.
-Może zacznijmy od imienia i nazwiska, domu, pasji i miłości?- mówi trochę za głośno uradowana Anabeth. Dziewczyny się zgodziły po czym Emily zaczęła.
-Emily Chang, dla przyjaciół Emi. Mam siostrę Cho, która jest w Ravenclaw'ie. Jestem na 5 roku. Lubię pisać opowiadania, nawet bardzo. W mugolskim świecie mam nawet bloga. A może miłości wyznamy na koniec?- śmieje się speszona. Towarzyszki przytaknęły.
-Anabeth Affird. 5 rok. Brak rodzeństwa i lubię chodzić na spacery.- uśmiecha się Ann.
-Rose Zabini. Blaise brat. 5 rok. Pasja? Lubię oglądać filmy i spędzać czas ze znajomymi.- lekko znużona Rose mówiła to bardzo szybko.
-Lily Riddle...- peszy się starsza siostra.- 5 rok. Tak jakby 2 rodzeństwa, ale w zasadzie 1. Uwielbiam spędzać czas z Wami, dziewczyny.- uśmiecha się lekko do każdej z pozostałych.
-W sumie to samo co Lily tylko nazywam się Veronica...- śmieje się głośno a wraz z nią reszta- To co? Kto teraz zaczyna?
-Ja.- powiedziała Anabeth- Ja się kocham w Fredzie Weasley'u. Już prawie go zdobyłam... Ale jeszcze trochę.- uśmiecha się szczerze.
-Ja nie bardzo jeszcze wiem...- kuli się Rose.
-Ostatnio zaczął do mnie startować Twój brat, Rose. Nie wiem co jeszcze do niego czuję, ale chyba go lubię.- mówi Veronica z uśmiechem ale się kuli.
-Myślę że mu się podobasz, Veronico. I myślę że to uczucie jest odwzajemnione.- dziewczyny wybuchają śmiechem.
-Ja polubiłam chłopaka z Slytherinu... Terence'a, wydaje się bardzo miły...- Emily widocznie się rumieni- A ty, Lily?
-Właśnie!- powiedziała wspólnie cała zgraja.
-Ja chyba... Nie bardzo wiem. Ostatnio ktoś wpadł mi w oko, ale z tego nic nie będzie.- uśmiecha się Lily.
-No dobrze. Może chodźmy już na kolację?- pyta Veronica.
-Tak.- odpowiedziały wspólnie.
Razem wyszły z dormitorium i kierowały się do wyjścia przez pokój wspólny. Zeszły z kilku schodów i przywitały się ze znajomymi z domu węża.
-Chwila! Zapomniałam różdżki! Idźcie beze mnie. Dogonię Was.
Lily przecisła się przez kilka osób z powrotem do dormitorium. Zaczęła szukać swojej różdżki, która okazała się leżeć na biurku przy kominku. Wzięła ją i pospiesznie udała się do wyjścia. Otwierając drzwi zauważyła że pokój wspólny jest już całkiem pusty. Zdecydowanie ruszyła przed siebie. Usłyszała nagle otwierane drzwi za sobą. Pospiesznie się odwróciła i mocniej ścisła różdżkę. Zza rogu wyszedł śłizgon i nie zważając kto to, poszła dalej.
-Ładna sukienka, Lily.- głos należał do Dracona Malfoy'a.
-E, dzięki. Czemu tu jeszcze jesteś?- zapytała może zbyt surowo.
-Czekam na Crabbe'a i Goyle'a. A ty?- dłonie miał w kieszeni czarnych spodni. Koszule miał białą i luźną. Podszedł do niej wolnym krokiem.
-No idę już.- zaśmiała się lekko.
-Idziemy razem?- zapytał unosząc jedną brew.
-A co z Twoimi gorylami?
-Jak raz nie zjedzą kolacji to nic się nie stanie. I tak już są spasieni jak świnie.- gestem ręki popędził Lily aby zaczęła już iść.
Przepuścił ją w przejściu. Szli razem w kierunku Wielkiej Sali i rozmawiali na różne tematy. Dochodząc do stolika ślizgonów, zaproponował jej aby usiadła obok niego, jednak zrezygnowała mówiąc że koleżanki na nią czekali. Zrozumiał to i uprzejmie się pożegnał. Dziewczyna usiadła obok swoich przyjaciółek i zaczęła posiłek. Prawie wszyscy nałożyli sobie sałatkę owocową i zajadali ze smakiem.
Dochodził czas Balu Bożonarodzeniowego. Dziewczyny ze wszystkich domów miały urwanie głowy. Jaka sukienka? Jakie buty? A co z włosami? Kto z nimi pójdzie? Czy może w tym roku zwycięży na Królową Balu?... Lily i Veronica bardziej rozmyślały o swoich rodzicach niż o potańcówce. Od jakiegoś czasu ich rodzice byli tak niedaleko. Do Balu zostały 3 dni. W szkole teraz nikt nie gadał o niczym innym tylko o balu. Na lekcjach cały czas było słychać szepty z zaproszeniami do wspólnego pójścia na potańcówkę. Lily i Veronica postanowiły udać się do Wrzeszczącej Chaty na spotkanie. Wiedziały że może to być bardzo ryzykowne, jednak chciały wiedzieć prawdę. Przyjaciółki wielokrotnie odmawiały im ten pomysł.
Tego wieczoru udały się tam. Dormitorium było puste. Wyszły z pokoju wspólnego i szły w kierunku bramy. Wyszły spokojnie i szybkim krokiem szły do celu. Słońce coraz bardziej chyliło się ku zachodowi. Po mniej więcej pół godzinie było już ciemno. Veronica usłyszała szelest łamiących się gałązek za nimi, więc szybko się obróciła i wycelowała różdżkę w Emily, Annabeth i Rose. Poważnie zaskoczona Lily złapała się za głowę.
-Co wy tu do cholery robicie?! Nie wiecie że to niebezpieczne?! Oni mogą Wam coś zrobić!- krzyczy przejęta o życie przyjaciółek.
-Przecież Wam też mogą coś zrobić!- odpowiada Rose.
-Ale my jesteśmy ich córkami... i może jednak nie...- waha się Veronica.
-To zrobimy tak, że wejdziecie tam, i jak po pół godzinie nie wyjdziecie to my wkroczymy, okej?- pyta Emily i chwyta Lily za ramię.
-Tak, to dobry pomysł. Ale teraz chodźmy już szybko. Czas ucieka.- uśmiechnęła się Lily w kierunku Emily i ruszyły dalej w ciszy.
Dotarły tam po krótkim czasie a przyjaciółki sióstr schowały się w krzakach. Lily niechętnie otworzyła drzwi Wrzeszczącej Chaty i weszła jako pierwsza. Chłód dawał się we znaki. Ciarki przeszedł je niemal jednocześnie. Dotarły pod drzwi, przy których stało dwóch śmierciożerców. Miało kilka ran i ubrania we krwi.
-Kim jesteście? Czego chcecie?- spytał jeden z nich. To dziwne że od razu ich nie zabił. Przecież przyszły do kryjówki samego Lorda Voldemorta. Może był za słaby? A może po prostu Bellatrix czy Voldemort uprzedził ich o wizycie dwóch dziewczyn.
-Lily i Veronica ... - Veronica się zawahała.
-Riddle. Lily i Veronica Riddle. Miałyśmy się spotkać z Bellatrix i Voldemortem.- mówi sucho Lily.
-Proszę, wejdźcie.- uchylił drzwi.
Dziewczyny weszły do prawie pustego pokoju. Było tam mnóstwo śmieci i zniszczonych rzeczy. Pod jedną ze ścian leżały dwa łóżka. Kobieca postać spała pod kołdrą. Voldemort jednak siedział na łóżku i uważnie przyglądał się dziewczynom. Lily niepewnie stanęła na środku pokoju a Veronica zaraz za nią. One również uważnie przyglądały się niby ojcu.
-Moje kochane...- zakaszlał sucho.
-Mamy do Ciebie mówić Panie? Czy raczej może ojcze, hmm?- spytała surowo Lily.
-Nie byłem przykładnym ojcem, ani nawet opiekunem. Ale nie okłamujmy się, nigdy nie będę. Nie mam teraz sił, tak samo jak Bella... jak Wasza mama. Ukrywamy się tu jak tchórze... Dobija mnie to. Melody skontaktowała się z nami 6 miesięcy temu, że chodzicie do Hogwartu. Dlatego tu się ukrywamy a nie gdzieś indziej. Chcieliśmy się z Wami spotkać.- mówi złamanym głosem lekko się podnosząc i budząc Bellę.
-Ah tak? Może o prostu od nas czegoś chcecie?- mówi Veronica.
-Wątpisz w nas?!- krzyknął głośno za co Veronica się skuliła i zadrżała- Przepraszam. Nie chciałem się unosić. Po prostu idźcie i wróćcie za tydzień.- machnął ręką.
Dziewczyny wyszły z pokoju i ruszyły do wyjścia. Spotkały swoje przyjaciółki gdy akurat wchodziły do Wrzeszczącej Chaty.
-I co? I jak?- spytała Rose.
-To chyba jest nasz ojciec. Ale niczego konkretnego nam nie powiedział. Mamy przyjść za tydzień...- powiedziała Lily przewracając oczami- I wydarł się na Veronicę.
Wszyscy spojrzeli na Veronicę a ta pokiwała lekko głową że się tym nie przejmuje. Cała piątka ruszyła w stronę zamku niemal cały czas w ciszy. Trochę przygnębione wróciły do pokoju wspólnego. Tam usiadły na kanapie i patrzały na ogień w kominku. Siostry nie bardzo chciały iść na Bal. Przyjaciółki cały czas jednak je namaiały. Tłumaczyły się tym że nie mają sukienek, a to nie prawda. Ciotka Melody miała im przysłać suknie jutro o godzinie około 17. Lily i Veronica wybrały je przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Do dziewczyn podszedł Terence. Młody ślizgon w ich wieku.
-Hej Wam. Mogę się coś zapytać?- łapie się za kołnierz koszuli i przygryza wargę.
-W czym problem?- pyta Annabeth.
-Emily, możemy porozmawiać na osobności?-pyta speszony.
-Eh, tak.- wstała zdziwniona i poszła z Terence'm na bok. Po chwili wróciła widocznie uradowana. Usiadła na swoim wcześniejszym miejscu i zarumieniła się dość mocno- Zaprosił mnie.
-Co? Co takiego tam mruczysz?- pyta Rose.
-On zaprosił mnie na Bal...- patrzy z niedowierzaniem na koleżanki- Pewnie pomylił mnie z kimś innym...- kuli się.
-Pewnie masz rację. Podszedł do Ciebie zupełnie przypadkiem i zaprosił na Bal. Pewnie teraz się śmieje z Ciebie z kolegami i mówi jakie dziewczyny to są naiwne...- mówi uśmiechnięta Lily.
-Oh, Lily!- rzuca w nią poduszką na co ona oddaje tym samym.
-Dziewczyny, przyznajcie się. Macie sukienki czy nie?- stanowczo powiedziała Annabeth.
-Tak, mamy. Jutro o około 17 przyjdą.- mówi Veronica z grymasem na twarzy.
-Ale po co nam sukienka, skoro a) nie mamy z kim iść, b) martwimy się o rodziców...?- rzuca Lily.
-Z tego co wiem, tylko Emily ma teraz męską parę.- śmieje się Rose.
Po długiej rozmowie dziewczyny posżły do swojego pokoju. Tam po kolei szły do łazienki i kładły się spać. Rankiem nikt nikogo nie musiał budzić. Wszystkie wstały niemal równocześnie. Do pokoju ktoś zapukał. Rose szybko wstała i otworzyła drzwi. Nikogo tam nie zastała. Spojrzała w dół i ujrzała kopertę. Podniosła ją i podała Veronice.
-Po co mi to dajesz?- zapytała i powolnie wstała.
-Bo jest zaadresowana do Ciebie...- odpowiada Rose biorąc swoje rzeczy z kufra.
Veronica otworzyła kopertę i zaczęła głośno czytać.
-Cytuję: "Droga Veronico. Wiem, że powinienem Ci to powiedzieć wprost, ale nie mam niestety dość odwagi. Ta wiadomość jest przeznaczona wyłącznie dla Ciebie i nikogo więcej...". Dziewczyny nie słuchajcie...- zaśmiała się- "Już jutro jest Bal, i pomyślałem że może wybierzesz się na niego ze mną jeśli nie masz jakiś planów. Czekam na odpowiedź... Blaise.". O... Jakie to słodkie- śmieje się głośno.
-Wiedziałam że podobasz się mojemu bratu! Po prostu było to po nim widać!- krzyczy Rose.
-Skoro tak, to trzeba dać mu odpowiedź. Rose, będziesz teraz gadać ze swoim bratem?- pyta Veronica stawając na nogi.
-Tak. Zaraz wychodzę do niego.- odpowiada z uśmiechem.
-To przekaż mu... Że się zgadzam.- śmieje się młodsza siostra. Emily i Annabeth piszczą z zachwytu.
Dalszy poranek jest jasny. Po kolei szły do łazienki i załatwiały swoje sprawy. Później wspólnie, oprócz Rose która poszła z bratem i Annabeth która gdzieś zniknęła, poszły na śniadanie. Usiadły obok siebie. Jadły zupę mleczną, tosty i nalesniki. Jedno po drugim, przez co nie były głodne przez cały dzień. Gdzieś w oddali, gryfon podszedł do stołu ślizgonów. Wstała jakaś blondynka i rzuciła mu się na szyję po krótkim czasie. Veronica słusznie zauważyła że to Annabeth.
Lekcje mijały dość nudno, czyli zwyczajnie. Dostały kilka prac domowych. Odrobiły znaczną większość i poszły do sowiarni. Annabeth, Emily i Rose też miały dostać sukienki sowią pocztą. Zabrały pakunki i udały się w stronę swojego pokoju.
-Nie pokazujmy sobie sukienek przed Balem, okej?- pyta Lily uśmiechając się.
-Jasne.- wszystkie się zgodziły.
Dotarły do swojego dormitorium. Każda z nich schowała swoją paczkę do swojego kufra. Lily i Veronica poszły się przejść. Wyszły w lochów i spacerowały po szkole.
-Nie chce iść na ten Bal...- wstęka Veronica.
-Ale musisz! Umówiłaś się przecież z Blaise'm! Nie możesz go teraz wystawić!- krzyczy Lily.
-Tak... Ale muzyka i tańce? Nie leży mi to zbytnio...- Veronica próbowała się wycofać, ale siostra cały czas doradzała jej, aby jednak poszła na Bal. Zgodziła się jednak po długich namowach- Wiesz że Cię nienawidzę, prawda?- śmieje się lekko.
-Też Cię kocham, siostrzyczko.- śmieje się również Lily.
Chodziły tak bezsensownie z godzinę nim wróciły do pokoju wspólnego. Tam, przy drzwiach spotkały Blaise'a. Niepewnie podszedł do dziewczyn i zagadał Veronicę. Lily zostawiła ich samych a sama ruszyła do pokoju wspólnego. Zauważyła tam Emily siedzącą obok Terence'a i rozmawiającą z nim. Lily patrzała krótką chwilę na nich i zaczęła się uśmiechać. Po jakimś czasie ruszyła w strone dormitorium.
-Hej, Riddle!- jeden głos ją zatrzymał.
-Nie mów tak.- odparła stanowczo.
-Mam Ci nie mówić po nazwisku? Okej, ale wiem, że Ty czasem mówisz o mnie po nazwisku.- podpiera się o kanapę.
-To bez znaczenia, Malfoy!- zaśmiała się co on odwzajemnił.
-Ciut tu głośno, prawda?- zapytał Dracon zbliżając się do Lily.
-Tak, odrobinę.- odpowiedziała z uśmiechem.
-Chodźmy w cichsze miejsce, co?
-Prowadź zatem.- powiedziała Lily wzruszając ramionami.
Chłopak wstał i skierował sie po kilku schodach w prawo. Prowadził ją do swojego dormitorium, zapewne. Gdy doszli otworzył przed nią drzwi i ją przepuścił pierwszą.
-A gdzie Twoje goryle?- spytała patrząc na pusty pokój.
-Pewnie w kuchni.-odpowiada zamykając za sobą drzwi- Ciszej, prawda?
-Tak. O wiele. Mogę usiąść?- pyta dziewczyna.
-O, jasne, jasne. Siadaj gdzie chcesz.
Lily usiadła na czyimś łóżku. Okazało się ono Dracona i po chwili też na nim usiadł.
-Twoja... Twoja przyjaciółka, Emily, chyba polubiła Terence'a. A Veronica Blaise'a.- mówi podając małą tacę ciasteczek. Lily zabiera jedno.
-Jak się lubią to niech spędzają razem czas. Veronice tego trzeba było. A Emily jest na prawdę miła i urocza, więc się nie dziwię, że ją polubił.- odpowiada zjadając gryza.
-Tak... Bo wiesz... Ja... Eh, po prostu to żałosne.- śmieje się chłopak- Blaise posłał list i wszystko się udało, haha. Ja chcę zapytać wprost... Czy idziesz już z kimś na Bal może?- kłopocze się i łapie za włosy z tyłu głowy.
-Idę z przyjaciółkami, ale myślę że nie będę tam długo. Nie przepadam raczej za taką rozrywką...- odpowiada Lily na co Dracon'owi opada lekko głowa- A ty z kimś idziesz?
-Nie, ja nie idę.- odpowiedział trochę sucho.
-Chyba raczej nie pójdę na ten Bal. Tylko Rose nie ma pary i ja. Tyle że ona gdzieś znikła i obawiam się że kogoś zaprosi... Czyli zostanę sama... Poczytam sobie książkę w dormitorium i napiję gorącego kakao.- wzdycha.
Do pokoju weszli Crabb i Goyle. Weszli jakby na cukrowym haju. Za dużo lukru zjedli. Kucharki ostatnio są jakieś za dobre dla nich. Weszli krzycząc i jęcząc, że boli ich brzuch. Rzucili się na swoje łóżka i jęczeli nadal. Draco złapał się za głowę i westchnął.
-Ja już chyba pójdę...-powiedziała w końcu Lily.
-Okej...- odprowadził ją do drzwi, a gdy miała już wychodzić odchrząknął lekko- Może masz ochotę się ze mną wybrać na Bal, po jutrze, zamiast czytać książki?- zapytał jąkając się trochę.
-Zastanowię się.- odpowiedziała z uśmiechem i odeszła.
Szła do dormitorium z pytaniem czy iść na Bal. Zaprosił ją Draco ale książka też brzmi bardzo kusząco. Weszła i zastała tam Veronicę rozmawiającą z Emily na kanapie. Podeszła do nich i rzuciła poduszką w siostrę.
-Hej. O czym gadacie?- zapytała.
-O niczym właściwie. Ale gdzie ty się podziewałaś?- zapytała Veronica.
-Zostawiłam Cię z Blaise'm bo wiem, że go lubisz. Nie byłam Ci tam potrzebna.- odpowiada przewracając oczami.
-A teraz gdzie byłaś?- pyta Emily.
-Przejść się.- kłamie Lily- A gdzie reszta?
-Rose jest w łazience a Annabeth jeszcze nie przyszła... Ciekawe gdzie się podziewa...- mówi Emily ze zmartwioną miną.
-Tak, ciekawe...- dodaje Lily.
Późniejszy wieczór dziewczyny spędziły na spaniu. Ostatnio coraz więcej i dłużej śpią. Następny był niemal identyczny jak wszystkie. Po za jednym szczegółem. Jutro Bal... Wszystkie dziewczyny albo się cieszyły i piszczały, albo płakały i jęczały że nie mają z kim iść. Było to irytujące zwłaszcza na lekcjach, kiedy pozostali starają się skupić. Emily siedziała oparta o swoją rękę. Lily leżała na ławce w stronę okna a Veronica coś rysowała na papierze. Lekcje się skończyły. Dziewczyny poszły w czwórkę do pokoju wspólnego. W środku zastali Annabeth siedzącą na kanapie.
-Annabeth?! Gdzieś ty była?!- krzyczy Rose.
-Ja? Tam i ówdzie... Zresztą nie ważne. Co tam u Was? Kto jeszcze nie ma pary na Bal?- pyta wstając.
-Ja i Rose.- uśmiecha się Lily.
-Mów za siebie.- prycha Rose- Ja idę z przystojnym krukonem.
-Więc chyba tylko ja.- śmieje się Lily.
Cała piątka udała się do swojego dormitorium i tam spędziły dwie godziny. Wyszły po czasie aby odetchnąć świeżym powietrzem. Przeszły przez pokój wspólny i wyszły z lochów. Wyminęły sporą część puchonów i krukonów gdy za płaszcz Veronici ktoś złapał.
-Hej Veronica, idziesz ze mną sie przejść do Hogsmeage?- zapytał Blaise.
-Emm, tak. Chyba tak.- odparła uśmiechając się. Spojrzała na swoje przyjaciółki.
-No idź!- popędziły ją razem.
Veronica odeszła z chłopakiem. Emily trochę posmutniała i wróciła do pokoju wspólnego. Usiadła na kanapie przy kominku i patrzała się w ogień. Koło niej usiadł chłopak.
-Hej Emi.- odparł przysuwając się do niej.
-O, hej Terence.- odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła.
-Dlaczego siedzisz tu sama?- zapytał również się uśmiechając.
-Jakoś lubię tu siedzieć. A czemu ty nie jesteś ze swoimi kolegami?- podniosła nogi i ułożyła je na kanapie.
-Uznałem, że potrzebujesz towarzystwa.- odwrócił wzrok i lekko się zarumienił. Emily także.
-Może masz ochotę się przejść po szkole?- wysunął w jej stronę dłoń. Emily ją złapała.
-Z Tobą? Chętnie...- wstała szybko z kanapy i wyszła z chłopakiem.
Veronica w jednym z barów zamówiła z Blaise'm piwo kremowe. Usiedli przy ostatnim stole. Blaise przysunął Veronice krzesło gdy siadała i podał jej napój. Rozmawiali o różnych sprawach. Szkolnych i nie szkonych. Temat zszedł na rodziców młodszej siostry. Ta spuściła głowę i zaniemówiła.
-Przepraszam, nie powinienem o to pytać...- mówi Blaise lekko złamanym głosem.
-Nic nie szkodzi...- odpowiedziała i lekko się uśmiechnęła.
Następnie rozprawiali o Balu i o tym że mają zamiar zostać Królem i Królową. Po 3 dużych kubkach napojów para się rozluźniła. Rozmawiali jakby się ze sobą już dawno znali. Po 4 kubku zebrali się i wyszli z baru. Szli drogą do zamku. Blaise objął Veronice w pasie i dalej szedł. Dziewczynie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, chciała tego.
Nie rozmawiali po drodze. Tylko szli i patrzyli w wychodzące właśnie gwiazdy. Widok był piękny. Veronica czuła się jak w 7 niebie. Blaise bardzo cieszył się, ze spędzonego razem po południa. Przeszli przez pokój wspólny i razem weszli na kilka schodów prowadzących do dormitoriów. Blaise się zatrzymał i stanął twarzą w twarz do dziewczyny. No, nie dosłownie bo był jakieś 20 cm wyższy. Dłonią złapał za twarz Veronici i zbliżył się bardzo blisko. Veronica stanęła na palcach i pocałowała chłopaka. Nie trwało to dłużej niż 5 sekund, ale dla nich to było wystarczająco długo. Chłopak puścił dziewczynę i uśmiechnął się szeroko.
-Do jutra, Veronica.
-Do jutra.- odpowiedziała i ruszyła do swojego dormitorium.
Nie było tam nikogo po za Rose. Veronica usiadła na swoim łóżku i myślała co przed chwilą zaszło.
Lily i Annabeth siedziały przy ślizgońskim stole i rozmawiały o zwykłych, dziewczęcych tematach. Były tam dość już długo. Do sali wszedł Draco pewnym krokiem. Za nim szli Crabbe i Goyle. Lily spojrzała na chłopaka i wstała z miejsca. Podeszła do niego a on się uśmiechnął.
-Hej. Co tam?- zapytał.
-Cześć. Chciałam się zapytać o coś...- spojrzała na goryli chłopaka a on ich odesłał do stołu.
-Tak? O co chodzi?- spytał.
-Czy Twoja propozycja jest nadal aktualna?- spytała Lily łapiąc dłonią prawe przed ramię.
-Naturalnie. Zdecydowałaś się już?- zapytał trochę głośno po czym odchrząkł i rozejrzał się po sali.
-Myślę, że miło by było pójść na Bal...- rumieni się dziewczyna.
-To super! Będę czekać na Ciebie jutro przed salą, w porządku?- zapytał wyraźnie uradowany.
-Oczywiście.- uśmiechnęła się dziewczyna. Chłopak ją przytulił i odszedł dość szybko.
Lily ponownie usiadła koło przyjaciółki również wyraźnie ucieszona. Annabeth posłała jej dziwne spojrzenie z uśmiechem i wstała od stołu. Ruszyły do swojego dormitorium.
Nazajutrz był ten dzień, upragniony przez wielu. Wiele dziewczyn w ogóle nie przyszło na zajęcia. I za to dostaliśmy więcej prac domowych. Na obiad była smażona kaczka z ziemniakami. Dziewczyny zmarnowane ruszyły do swojego dormitorium. Równo wszystkie padły na swoje łóżka ze zmęczenia. Dziś też ogłoszono, że w ślizgońskiej drużynie Quidditcha brakuje 4 graczy. Lily, Annabeth, Emily i Veronica chcieli się dostać do drużyny. Zapisy miały się odbyć za dwa dni.
Dochodziła 15, a Bal zaczynał się o 20. Do tak późnej pory dziewczyny odpoczywały w łóżkach. Smętnie zabrały się do strojenia. Każda każdej pomagała. Lily Emily, Emily Rose, Rose Veronice, Veronica Annabeth, Annabeth Lily. Dziewczyny z każdą chwilą miały coraz mniej czasu a w cale się nie spieszyły. Szybka toaleta, fryzury, makijaże i przymiarka suknienek. Pierwsza wyrobiła się Annabeth. Miała białą sukienkę do kolan z długim rękawem. Wyszła machając dziewczynom pożegnanie. Kolejna wyszła Rose, ubrana w brąz sukienkę do połowy uda. Trójka pozostałych nadal nie skończyła.
Do pokoju ktoś zapukał. Lily podeszła do drzwi i je lekko uchyliła. Był to Terence z bukiecikiem kwiatów w dłoni. Lily się uśmiechnęła i powiedziała aby chwilę zaczekał. Kiwnął głową lekko. Emily była lekko spanikowana ale gotowa. Miała piękną, karmelową suknię do kostek. Przód był nieco krótszy niż tył i można było zobaczyć jej buty. Miała także proste, rozpuszczone włosy. Złapała się za serce i otworzyła drzwi. Szczerze się uśmiechnęła i wyszła bez słowa. Siostry były gotowe po pięciu minutach. Otwarły drzwi i ruszyły w stronę Wielkiej Sali. Veronica miała płaską, lekko zieloną sukienkę do kostek bez rękawów. Włosy spięte w warkocz, który przechodził po całej głowie. Lily miała rozkloszowaną, czarną sukienkę do kostek. Na plecach było dość spore wycięcie i przy dole kokarda. Włosy miała rozpuszczone i pofalowane. Dziewczyny szły pewnie przed siebie.
Tuż przy drzwiach stał Blaise. Miał czarny garnitur i odpiętą marynarkę. Przy szyi miał zielony krawat. Oczy rozpromieniły mu się gdy zobaczył Veronice. Podszedł do niej prędko i wręczył jej mały bukiecik. Ona pocałowała go w policzek. Złapali się za ręce i ruszyli przed siebie. Niedaleko drzwi tańczyła już Annabeth z Fred'em. Lily uśmiechnęła się w jej stronę, ale logiczne że nie zauważyła tego, była za bardzo zajęta. Lily usiadła samotnie na jednej z ławek przed salą i czekała spokojnie.
Emily tańczyła z Terence'm na środku sali. Bawili się i śmiali ile mogli. Po skończeniu rytmicznej piosenki podeszli do mini baru i wzięli pącz. Emily oparła się tyłem o stół i uśmiechnęła w kierunku chłopaka. Odwzajemnił to i złapał jej dłoń. Zbliżył się bardzo blisko i pocałował w usta. Zaskoczona dziewczyna odskoczyła lekko ze zdziwienia, jednak dała upust i również go pocałowała.
Blaise i Veronica weszli na salę. Niektórzy patrzeli na nich, ale większość skupiała się raczej na sobie. Znaleźli wolne miejsce przy barze i wzięli trochę pączu. Chłopak cały czas się peszył, ale przez to wydawał się jeszcze bardziej słodki dla Veronici. Po wypiciu złapał ją za rękę i poprosił do tańca. Ta nie odmówiła. Znaleźli kawałek miejsca dla siebie i zaczęli tańczyć. Akurat włączyli wolną piosenkę. Veronica położyła dłonie na ramionach chłopaka. On położył swe dłonie na talii dziewczyny. Zaczęli się wolno kołysać na prawo i lewo wciąż się do siebie uśmiechając.
Lily patrząc przez otwarte drzwi zaczęła mieć dosyć. Wstała z miejsca i ruszyła w stronę lochów. Zatrzymał ją jednak znajomy głos. Odwróciła się spiesznie. Podszedł do niej blondyn. Miał na sobie czarne spodnie i luźną, białą koszulę. Ostatni guzik nie był zapięty. Przeprosił za spóźnienie i pochwycił dłoń dziewczyny. Zbliżył się za szybko i pocałował w policzek. Zaskoczona otwarła szeroko oczy. Wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko i je otworzył. W środku leżał piękny naszyjnik z serduszkiem. Lily nadal była w poważnym szoku. Draco uśmiechnął się i zabrał się za zakładanie prezentu dziewczyny. Ruszyli do sali. Właśnie skończyła się powolna melodia i zaczęła energiczna. Zaczęli tańczyć.
Cała sala była pełna śmiechu o radości. Wszyscy tańczyli. W pewnym momencie muzyka ucichła a na podest weszła wice dyrektor, Minerva McGonagall. Oznajmiła, że od początku Balu wszystkich obserwuje i czas wybrał Królów dzisiejszego spotkania. Wszyscy ucichli i zaczęli nasłuchiwać głosu profesorki. Wyciągła różdżkę, aby wskazać wybrańców światłem z góry. Wiele dziewczyn oczekiwało tego momentu. Profesor wybrała po dwie królowe i dwóch króli. "Annabeth Affird i Fred Weasley!" padło z jej ust. Oczywiście Weasley urządził mały pokaz. "Rose Zabini i Mark Collin" dodała po krótkiej przerwie. Cała czwórka podeszła do nauczycielki i odebrali co im się należało, korony.
Tańce trwały do rana, ale większość wymiękła już o 3. W tym i Emily, Rose i Veronica. Annabeth tańczyła z Fredem do białego rana. Lily poszła z Draconem na spacer trochę odsapnąć. Wyszli około 2 ze szkoły i usiedli na ławce niedaleko wejścia. Rozmawiali głównie o Balu, ale także zdażały się momenty, w których Draco chciał o coś zapytać, ale nie miał chyba dość odwagi. Wrócili do dormitoriów o około 4. Chłopak pocałował dziewczynę na noc w policzek i odszedł. Lily uradowana weszła po cichu do dormitorium. Wzięła z kufra piżamę i poszła się przebrać do łazienki. Wyszła z 10 minut. Odłożyła sukienkę na kufer i położyła się do łóżka. Wszyscy spali do połoudnia.
-Jaki?- pyta szeroko uśmiechnięta Rose.
-Może zorganizujemy sobie jakieś spotkanie szczerości czy coś w tym stylu.- zaśmiała się słabo.
-Haha, no może wypalić. Tylko kiedy i gdzie?- wstaje Emily.
-Emi!- Annabeth rzuca w jej stronę poduszkę- Ty żyjesz!
-A no jeszcze tak.- zaśmiała się radośnie Emily.
-Może dwa razy w tygodniu? Wtorki i soboty? O 16?- Veronica siada na łóżko.
-Tak!- odparły radośnie Lily, Rose, Annabeth i Emily.
-Więc ustalone. A teraz się szykujcie.- rzuciła Lily.
Dziewczyny w radosnym towarzystwie opuściły lochy i maszerowały w stronę Wielkiej Sali. Minęły wielu uczniów. Gdy dotarły na salę, wszyscy momentalnie wejrzeli na siostry Riddle. Chłopak musiał rozgadać. A plotki rozchodzą się w Hogwarcie tak szybko, jak goryle Malfoy'a do jedzenia. Tysiące oczu wpatrywało się jak bezbronna Veronica i Lily stoją jak dwa słupy soli.
-Nie dajmy im powodu, żeby w to wątpili..- szepnęła Lily. Veronica spojrzała na nią dziwnie- Niech wiedzą że jesteśmy Riddle. Niech się nas boją...
Dziewczyny podniosły głowy i się wyprostowały. Z czasem spojrzenia słabły na sile. Usiadły przepełnione dziwnym uczuciem. Lily nałożyła sobie jajko sadzone na talerz i nalała soku jabłkowego. Veronica chyba straciła apetyt bo nałożyła ledwie jednego tosta. Z dalszych części ślizgońskiego stołu było słychać szepty "To córki Voldemorta","Przyszły tu by nas wszystkich zabić","Voldemort wykorzystuje córki żeby nas zabić","Jak to w ogóle możliwe?!". Lily nie robiła sobie z tego jakieś większej sprawy ale Veronica była widocznie przejęta. Jadły w ciszy. Ich przyjaciółki były zmartwione.
Nagle, ni zowąd wybiegł na środek sali jakiś ślizgon. Był widocznie przestraszony. Zaczął wykrzykiwać różne rzeczy.
-To one! To córki Czarnego Pana!- wskazał na dziewczyny palcem- On je tu przysłał! Może chce odbudować swoją armię i szuka jej tu?! Trzeba je zamknąć albo nawet zabić! Bierzcie ją! To Czarny Pan nie weźmie nas!- profesor Snape złapał go za szatę i wywlókł przez drzwi.
Sala ucichła i zaczęła panować grobowa cisza. Przejęty Dumbledore wstał ze swojego dostojnego miejsca i dumnie przygładził dość długą brodę.
-Szanowni uczniowie. Spójrzcie na siebie. Jesteście przerażeni, boicie się. To zrozumiałe. Ale niezrozumiałe jest to, że naskakujecie na dwie niewinne dziewczyny. Przecież one ledwo wczoraj się o tym dowiedziały. Całe życie wychowywały się z ciotką, nie wiedząc, że ich rodzice w ogóle żyją. Czy rozsądne jest sądzić dwie panienki za prawdę, która zmieniła a nawet zniszczyła im całe życie? Proszę Was o wyrozumiałość w imieniu Lily i Veronici Riddle.- nazwisko wymówił bardzo spokojnie ale i tak sala po jego usłyszeniu zaczęła szeptać.
Kończąc posiłek wszyscy udali się do sal, w których następnie zaczęły się lekcje. Wszyscy raczej trzymali się się z dala od Lily i Veronici. Chyba bali się, że rzucą Avadę czy coś w tym stylu. Niestety, dziewczyny nie były nawet śmierciożercami. Znosiły dziwne miny uczniów i ich zaczepki. Na posiłkach w Wielkiej Sali czuły na sobie wiele spojrzeń. Ale mimo to Lily zawsze odwracała się w stronę natrętnych uczniów z lekkim uśmiechem i grozą w oczach. Niemal natychmiast wszyscy się odwracali.
Wtorek, godzina 16. Piątka przyjaciółek zebrała się w pokoju gotowe do szczerej rozmowy. Wszystkie miały spodnie i koszulę domu, a Lily ubrała ciemną sukienkę do kolan z dużym wcięciem na plecach. Zaproponowała aby wszystkie usiadły w kręgu, co też uczyniły.
-Więc zacznijmy w końcu.- powiedziała Veronica siadając po turecku.
-Ale o czym mamy mówić?- spytała zaciekawiona Rose.
-Może zacznijmy od imienia i nazwiska, domu, pasji i miłości?- mówi trochę za głośno uradowana Anabeth. Dziewczyny się zgodziły po czym Emily zaczęła.
-Emily Chang, dla przyjaciół Emi. Mam siostrę Cho, która jest w Ravenclaw'ie. Jestem na 5 roku. Lubię pisać opowiadania, nawet bardzo. W mugolskim świecie mam nawet bloga. A może miłości wyznamy na koniec?- śmieje się speszona. Towarzyszki przytaknęły.
-Anabeth Affird. 5 rok. Brak rodzeństwa i lubię chodzić na spacery.- uśmiecha się Ann.
-Rose Zabini. Blaise brat. 5 rok. Pasja? Lubię oglądać filmy i spędzać czas ze znajomymi.- lekko znużona Rose mówiła to bardzo szybko.
-Lily Riddle...- peszy się starsza siostra.- 5 rok. Tak jakby 2 rodzeństwa, ale w zasadzie 1. Uwielbiam spędzać czas z Wami, dziewczyny.- uśmiecha się lekko do każdej z pozostałych.
-W sumie to samo co Lily tylko nazywam się Veronica...- śmieje się głośno a wraz z nią reszta- To co? Kto teraz zaczyna?
-Ja.- powiedziała Anabeth- Ja się kocham w Fredzie Weasley'u. Już prawie go zdobyłam... Ale jeszcze trochę.- uśmiecha się szczerze.
-Ja nie bardzo jeszcze wiem...- kuli się Rose.
-Ostatnio zaczął do mnie startować Twój brat, Rose. Nie wiem co jeszcze do niego czuję, ale chyba go lubię.- mówi Veronica z uśmiechem ale się kuli.
-Myślę że mu się podobasz, Veronico. I myślę że to uczucie jest odwzajemnione.- dziewczyny wybuchają śmiechem.
-Ja polubiłam chłopaka z Slytherinu... Terence'a, wydaje się bardzo miły...- Emily widocznie się rumieni- A ty, Lily?
-Właśnie!- powiedziała wspólnie cała zgraja.
-Ja chyba... Nie bardzo wiem. Ostatnio ktoś wpadł mi w oko, ale z tego nic nie będzie.- uśmiecha się Lily.
-No dobrze. Może chodźmy już na kolację?- pyta Veronica.
-Tak.- odpowiedziały wspólnie.
Razem wyszły z dormitorium i kierowały się do wyjścia przez pokój wspólny. Zeszły z kilku schodów i przywitały się ze znajomymi z domu węża.
-Chwila! Zapomniałam różdżki! Idźcie beze mnie. Dogonię Was.
Lily przecisła się przez kilka osób z powrotem do dormitorium. Zaczęła szukać swojej różdżki, która okazała się leżeć na biurku przy kominku. Wzięła ją i pospiesznie udała się do wyjścia. Otwierając drzwi zauważyła że pokój wspólny jest już całkiem pusty. Zdecydowanie ruszyła przed siebie. Usłyszała nagle otwierane drzwi za sobą. Pospiesznie się odwróciła i mocniej ścisła różdżkę. Zza rogu wyszedł śłizgon i nie zważając kto to, poszła dalej.
-Ładna sukienka, Lily.- głos należał do Dracona Malfoy'a.
-E, dzięki. Czemu tu jeszcze jesteś?- zapytała może zbyt surowo.
-Czekam na Crabbe'a i Goyle'a. A ty?- dłonie miał w kieszeni czarnych spodni. Koszule miał białą i luźną. Podszedł do niej wolnym krokiem.
-No idę już.- zaśmiała się lekko.
-Idziemy razem?- zapytał unosząc jedną brew.
-A co z Twoimi gorylami?
-Jak raz nie zjedzą kolacji to nic się nie stanie. I tak już są spasieni jak świnie.- gestem ręki popędził Lily aby zaczęła już iść.
Przepuścił ją w przejściu. Szli razem w kierunku Wielkiej Sali i rozmawiali na różne tematy. Dochodząc do stolika ślizgonów, zaproponował jej aby usiadła obok niego, jednak zrezygnowała mówiąc że koleżanki na nią czekali. Zrozumiał to i uprzejmie się pożegnał. Dziewczyna usiadła obok swoich przyjaciółek i zaczęła posiłek. Prawie wszyscy nałożyli sobie sałatkę owocową i zajadali ze smakiem.
Dochodził czas Balu Bożonarodzeniowego. Dziewczyny ze wszystkich domów miały urwanie głowy. Jaka sukienka? Jakie buty? A co z włosami? Kto z nimi pójdzie? Czy może w tym roku zwycięży na Królową Balu?... Lily i Veronica bardziej rozmyślały o swoich rodzicach niż o potańcówce. Od jakiegoś czasu ich rodzice byli tak niedaleko. Do Balu zostały 3 dni. W szkole teraz nikt nie gadał o niczym innym tylko o balu. Na lekcjach cały czas było słychać szepty z zaproszeniami do wspólnego pójścia na potańcówkę. Lily i Veronica postanowiły udać się do Wrzeszczącej Chaty na spotkanie. Wiedziały że może to być bardzo ryzykowne, jednak chciały wiedzieć prawdę. Przyjaciółki wielokrotnie odmawiały im ten pomysł.
Tego wieczoru udały się tam. Dormitorium było puste. Wyszły z pokoju wspólnego i szły w kierunku bramy. Wyszły spokojnie i szybkim krokiem szły do celu. Słońce coraz bardziej chyliło się ku zachodowi. Po mniej więcej pół godzinie było już ciemno. Veronica usłyszała szelest łamiących się gałązek za nimi, więc szybko się obróciła i wycelowała różdżkę w Emily, Annabeth i Rose. Poważnie zaskoczona Lily złapała się za głowę.
-Co wy tu do cholery robicie?! Nie wiecie że to niebezpieczne?! Oni mogą Wam coś zrobić!- krzyczy przejęta o życie przyjaciółek.
-Przecież Wam też mogą coś zrobić!- odpowiada Rose.
-Ale my jesteśmy ich córkami... i może jednak nie...- waha się Veronica.
-To zrobimy tak, że wejdziecie tam, i jak po pół godzinie nie wyjdziecie to my wkroczymy, okej?- pyta Emily i chwyta Lily za ramię.
-Tak, to dobry pomysł. Ale teraz chodźmy już szybko. Czas ucieka.- uśmiechnęła się Lily w kierunku Emily i ruszyły dalej w ciszy.
Dotarły tam po krótkim czasie a przyjaciółki sióstr schowały się w krzakach. Lily niechętnie otworzyła drzwi Wrzeszczącej Chaty i weszła jako pierwsza. Chłód dawał się we znaki. Ciarki przeszedł je niemal jednocześnie. Dotarły pod drzwi, przy których stało dwóch śmierciożerców. Miało kilka ran i ubrania we krwi.
-Kim jesteście? Czego chcecie?- spytał jeden z nich. To dziwne że od razu ich nie zabił. Przecież przyszły do kryjówki samego Lorda Voldemorta. Może był za słaby? A może po prostu Bellatrix czy Voldemort uprzedził ich o wizycie dwóch dziewczyn.
-Lily i Veronica ... - Veronica się zawahała.
-Riddle. Lily i Veronica Riddle. Miałyśmy się spotkać z Bellatrix i Voldemortem.- mówi sucho Lily.
-Proszę, wejdźcie.- uchylił drzwi.
Dziewczyny weszły do prawie pustego pokoju. Było tam mnóstwo śmieci i zniszczonych rzeczy. Pod jedną ze ścian leżały dwa łóżka. Kobieca postać spała pod kołdrą. Voldemort jednak siedział na łóżku i uważnie przyglądał się dziewczynom. Lily niepewnie stanęła na środku pokoju a Veronica zaraz za nią. One również uważnie przyglądały się niby ojcu.
-Moje kochane...- zakaszlał sucho.
-Mamy do Ciebie mówić Panie? Czy raczej może ojcze, hmm?- spytała surowo Lily.
-Nie byłem przykładnym ojcem, ani nawet opiekunem. Ale nie okłamujmy się, nigdy nie będę. Nie mam teraz sił, tak samo jak Bella... jak Wasza mama. Ukrywamy się tu jak tchórze... Dobija mnie to. Melody skontaktowała się z nami 6 miesięcy temu, że chodzicie do Hogwartu. Dlatego tu się ukrywamy a nie gdzieś indziej. Chcieliśmy się z Wami spotkać.- mówi złamanym głosem lekko się podnosząc i budząc Bellę.
-Ah tak? Może o prostu od nas czegoś chcecie?- mówi Veronica.
-Wątpisz w nas?!- krzyknął głośno za co Veronica się skuliła i zadrżała- Przepraszam. Nie chciałem się unosić. Po prostu idźcie i wróćcie za tydzień.- machnął ręką.
Dziewczyny wyszły z pokoju i ruszyły do wyjścia. Spotkały swoje przyjaciółki gdy akurat wchodziły do Wrzeszczącej Chaty.
-I co? I jak?- spytała Rose.
-To chyba jest nasz ojciec. Ale niczego konkretnego nam nie powiedział. Mamy przyjść za tydzień...- powiedziała Lily przewracając oczami- I wydarł się na Veronicę.
Wszyscy spojrzeli na Veronicę a ta pokiwała lekko głową że się tym nie przejmuje. Cała piątka ruszyła w stronę zamku niemal cały czas w ciszy. Trochę przygnębione wróciły do pokoju wspólnego. Tam usiadły na kanapie i patrzały na ogień w kominku. Siostry nie bardzo chciały iść na Bal. Przyjaciółki cały czas jednak je namaiały. Tłumaczyły się tym że nie mają sukienek, a to nie prawda. Ciotka Melody miała im przysłać suknie jutro o godzinie około 17. Lily i Veronica wybrały je przed rozpoczęciem roku szkolnego.
Do dziewczyn podszedł Terence. Młody ślizgon w ich wieku.
-Hej Wam. Mogę się coś zapytać?- łapie się za kołnierz koszuli i przygryza wargę.
-W czym problem?- pyta Annabeth.
-Emily, możemy porozmawiać na osobności?-pyta speszony.
-Eh, tak.- wstała zdziwniona i poszła z Terence'm na bok. Po chwili wróciła widocznie uradowana. Usiadła na swoim wcześniejszym miejscu i zarumieniła się dość mocno- Zaprosił mnie.
-Co? Co takiego tam mruczysz?- pyta Rose.
-On zaprosił mnie na Bal...- patrzy z niedowierzaniem na koleżanki- Pewnie pomylił mnie z kimś innym...- kuli się.
-Pewnie masz rację. Podszedł do Ciebie zupełnie przypadkiem i zaprosił na Bal. Pewnie teraz się śmieje z Ciebie z kolegami i mówi jakie dziewczyny to są naiwne...- mówi uśmiechnięta Lily.
-Oh, Lily!- rzuca w nią poduszką na co ona oddaje tym samym.
-Dziewczyny, przyznajcie się. Macie sukienki czy nie?- stanowczo powiedziała Annabeth.
-Tak, mamy. Jutro o około 17 przyjdą.- mówi Veronica z grymasem na twarzy.
-Ale po co nam sukienka, skoro a) nie mamy z kim iść, b) martwimy się o rodziców...?- rzuca Lily.
-Z tego co wiem, tylko Emily ma teraz męską parę.- śmieje się Rose.
Po długiej rozmowie dziewczyny posżły do swojego pokoju. Tam po kolei szły do łazienki i kładły się spać. Rankiem nikt nikogo nie musiał budzić. Wszystkie wstały niemal równocześnie. Do pokoju ktoś zapukał. Rose szybko wstała i otworzyła drzwi. Nikogo tam nie zastała. Spojrzała w dół i ujrzała kopertę. Podniosła ją i podała Veronice.
-Po co mi to dajesz?- zapytała i powolnie wstała.
-Bo jest zaadresowana do Ciebie...- odpowiada Rose biorąc swoje rzeczy z kufra.
Veronica otworzyła kopertę i zaczęła głośno czytać.
-Cytuję: "Droga Veronico. Wiem, że powinienem Ci to powiedzieć wprost, ale nie mam niestety dość odwagi. Ta wiadomość jest przeznaczona wyłącznie dla Ciebie i nikogo więcej...". Dziewczyny nie słuchajcie...- zaśmiała się- "Już jutro jest Bal, i pomyślałem że może wybierzesz się na niego ze mną jeśli nie masz jakiś planów. Czekam na odpowiedź... Blaise.". O... Jakie to słodkie- śmieje się głośno.
-Wiedziałam że podobasz się mojemu bratu! Po prostu było to po nim widać!- krzyczy Rose.
-Skoro tak, to trzeba dać mu odpowiedź. Rose, będziesz teraz gadać ze swoim bratem?- pyta Veronica stawając na nogi.
-Tak. Zaraz wychodzę do niego.- odpowiada z uśmiechem.
-To przekaż mu... Że się zgadzam.- śmieje się młodsza siostra. Emily i Annabeth piszczą z zachwytu.
Dalszy poranek jest jasny. Po kolei szły do łazienki i załatwiały swoje sprawy. Później wspólnie, oprócz Rose która poszła z bratem i Annabeth która gdzieś zniknęła, poszły na śniadanie. Usiadły obok siebie. Jadły zupę mleczną, tosty i nalesniki. Jedno po drugim, przez co nie były głodne przez cały dzień. Gdzieś w oddali, gryfon podszedł do stołu ślizgonów. Wstała jakaś blondynka i rzuciła mu się na szyję po krótkim czasie. Veronica słusznie zauważyła że to Annabeth.
Lekcje mijały dość nudno, czyli zwyczajnie. Dostały kilka prac domowych. Odrobiły znaczną większość i poszły do sowiarni. Annabeth, Emily i Rose też miały dostać sukienki sowią pocztą. Zabrały pakunki i udały się w stronę swojego pokoju.
-Nie pokazujmy sobie sukienek przed Balem, okej?- pyta Lily uśmiechając się.
-Jasne.- wszystkie się zgodziły.
Dotarły do swojego dormitorium. Każda z nich schowała swoją paczkę do swojego kufra. Lily i Veronica poszły się przejść. Wyszły w lochów i spacerowały po szkole.
-Nie chce iść na ten Bal...- wstęka Veronica.
-Ale musisz! Umówiłaś się przecież z Blaise'm! Nie możesz go teraz wystawić!- krzyczy Lily.
-Tak... Ale muzyka i tańce? Nie leży mi to zbytnio...- Veronica próbowała się wycofać, ale siostra cały czas doradzała jej, aby jednak poszła na Bal. Zgodziła się jednak po długich namowach- Wiesz że Cię nienawidzę, prawda?- śmieje się lekko.
-Też Cię kocham, siostrzyczko.- śmieje się również Lily.
Chodziły tak bezsensownie z godzinę nim wróciły do pokoju wspólnego. Tam, przy drzwiach spotkały Blaise'a. Niepewnie podszedł do dziewczyn i zagadał Veronicę. Lily zostawiła ich samych a sama ruszyła do pokoju wspólnego. Zauważyła tam Emily siedzącą obok Terence'a i rozmawiającą z nim. Lily patrzała krótką chwilę na nich i zaczęła się uśmiechać. Po jakimś czasie ruszyła w strone dormitorium.
-Hej, Riddle!- jeden głos ją zatrzymał.
-Nie mów tak.- odparła stanowczo.
-Mam Ci nie mówić po nazwisku? Okej, ale wiem, że Ty czasem mówisz o mnie po nazwisku.- podpiera się o kanapę.
-To bez znaczenia, Malfoy!- zaśmiała się co on odwzajemnił.
-Ciut tu głośno, prawda?- zapytał Dracon zbliżając się do Lily.
-Tak, odrobinę.- odpowiedziała z uśmiechem.
-Chodźmy w cichsze miejsce, co?
-Prowadź zatem.- powiedziała Lily wzruszając ramionami.
Chłopak wstał i skierował sie po kilku schodach w prawo. Prowadził ją do swojego dormitorium, zapewne. Gdy doszli otworzył przed nią drzwi i ją przepuścił pierwszą.
-A gdzie Twoje goryle?- spytała patrząc na pusty pokój.
-Pewnie w kuchni.-odpowiada zamykając za sobą drzwi- Ciszej, prawda?
-Tak. O wiele. Mogę usiąść?- pyta dziewczyna.
-O, jasne, jasne. Siadaj gdzie chcesz.
Lily usiadła na czyimś łóżku. Okazało się ono Dracona i po chwili też na nim usiadł.
-Twoja... Twoja przyjaciółka, Emily, chyba polubiła Terence'a. A Veronica Blaise'a.- mówi podając małą tacę ciasteczek. Lily zabiera jedno.
-Jak się lubią to niech spędzają razem czas. Veronice tego trzeba było. A Emily jest na prawdę miła i urocza, więc się nie dziwię, że ją polubił.- odpowiada zjadając gryza.
-Tak... Bo wiesz... Ja... Eh, po prostu to żałosne.- śmieje się chłopak- Blaise posłał list i wszystko się udało, haha. Ja chcę zapytać wprost... Czy idziesz już z kimś na Bal może?- kłopocze się i łapie za włosy z tyłu głowy.
-Idę z przyjaciółkami, ale myślę że nie będę tam długo. Nie przepadam raczej za taką rozrywką...- odpowiada Lily na co Dracon'owi opada lekko głowa- A ty z kimś idziesz?
-Nie, ja nie idę.- odpowiedział trochę sucho.
-Chyba raczej nie pójdę na ten Bal. Tylko Rose nie ma pary i ja. Tyle że ona gdzieś znikła i obawiam się że kogoś zaprosi... Czyli zostanę sama... Poczytam sobie książkę w dormitorium i napiję gorącego kakao.- wzdycha.
Do pokoju weszli Crabb i Goyle. Weszli jakby na cukrowym haju. Za dużo lukru zjedli. Kucharki ostatnio są jakieś za dobre dla nich. Weszli krzycząc i jęcząc, że boli ich brzuch. Rzucili się na swoje łóżka i jęczeli nadal. Draco złapał się za głowę i westchnął.
-Ja już chyba pójdę...-powiedziała w końcu Lily.
-Okej...- odprowadził ją do drzwi, a gdy miała już wychodzić odchrząknął lekko- Może masz ochotę się ze mną wybrać na Bal, po jutrze, zamiast czytać książki?- zapytał jąkając się trochę.
-Zastanowię się.- odpowiedziała z uśmiechem i odeszła.
Szła do dormitorium z pytaniem czy iść na Bal. Zaprosił ją Draco ale książka też brzmi bardzo kusząco. Weszła i zastała tam Veronicę rozmawiającą z Emily na kanapie. Podeszła do nich i rzuciła poduszką w siostrę.
-Hej. O czym gadacie?- zapytała.
-O niczym właściwie. Ale gdzie ty się podziewałaś?- zapytała Veronica.
-Zostawiłam Cię z Blaise'm bo wiem, że go lubisz. Nie byłam Ci tam potrzebna.- odpowiada przewracając oczami.
-A teraz gdzie byłaś?- pyta Emily.
-Przejść się.- kłamie Lily- A gdzie reszta?
-Rose jest w łazience a Annabeth jeszcze nie przyszła... Ciekawe gdzie się podziewa...- mówi Emily ze zmartwioną miną.
-Tak, ciekawe...- dodaje Lily.
Późniejszy wieczór dziewczyny spędziły na spaniu. Ostatnio coraz więcej i dłużej śpią. Następny był niemal identyczny jak wszystkie. Po za jednym szczegółem. Jutro Bal... Wszystkie dziewczyny albo się cieszyły i piszczały, albo płakały i jęczały że nie mają z kim iść. Było to irytujące zwłaszcza na lekcjach, kiedy pozostali starają się skupić. Emily siedziała oparta o swoją rękę. Lily leżała na ławce w stronę okna a Veronica coś rysowała na papierze. Lekcje się skończyły. Dziewczyny poszły w czwórkę do pokoju wspólnego. W środku zastali Annabeth siedzącą na kanapie.
-Annabeth?! Gdzieś ty była?!- krzyczy Rose.
-Ja? Tam i ówdzie... Zresztą nie ważne. Co tam u Was? Kto jeszcze nie ma pary na Bal?- pyta wstając.
-Ja i Rose.- uśmiecha się Lily.
-Mów za siebie.- prycha Rose- Ja idę z przystojnym krukonem.
-Więc chyba tylko ja.- śmieje się Lily.
Cała piątka udała się do swojego dormitorium i tam spędziły dwie godziny. Wyszły po czasie aby odetchnąć świeżym powietrzem. Przeszły przez pokój wspólny i wyszły z lochów. Wyminęły sporą część puchonów i krukonów gdy za płaszcz Veronici ktoś złapał.
-Hej Veronica, idziesz ze mną sie przejść do Hogsmeage?- zapytał Blaise.
-Emm, tak. Chyba tak.- odparła uśmiechając się. Spojrzała na swoje przyjaciółki.
-No idź!- popędziły ją razem.
Veronica odeszła z chłopakiem. Emily trochę posmutniała i wróciła do pokoju wspólnego. Usiadła na kanapie przy kominku i patrzała się w ogień. Koło niej usiadł chłopak.
-Hej Emi.- odparł przysuwając się do niej.
-O, hej Terence.- odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła.
-Dlaczego siedzisz tu sama?- zapytał również się uśmiechając.
-Jakoś lubię tu siedzieć. A czemu ty nie jesteś ze swoimi kolegami?- podniosła nogi i ułożyła je na kanapie.
-Uznałem, że potrzebujesz towarzystwa.- odwrócił wzrok i lekko się zarumienił. Emily także.
-Może masz ochotę się przejść po szkole?- wysunął w jej stronę dłoń. Emily ją złapała.
-Z Tobą? Chętnie...- wstała szybko z kanapy i wyszła z chłopakiem.
Veronica w jednym z barów zamówiła z Blaise'm piwo kremowe. Usiedli przy ostatnim stole. Blaise przysunął Veronice krzesło gdy siadała i podał jej napój. Rozmawiali o różnych sprawach. Szkolnych i nie szkonych. Temat zszedł na rodziców młodszej siostry. Ta spuściła głowę i zaniemówiła.
-Przepraszam, nie powinienem o to pytać...- mówi Blaise lekko złamanym głosem.
-Nic nie szkodzi...- odpowiedziała i lekko się uśmiechnęła.
Następnie rozprawiali o Balu i o tym że mają zamiar zostać Królem i Królową. Po 3 dużych kubkach napojów para się rozluźniła. Rozmawiali jakby się ze sobą już dawno znali. Po 4 kubku zebrali się i wyszli z baru. Szli drogą do zamku. Blaise objął Veronice w pasie i dalej szedł. Dziewczynie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, chciała tego.
Nie rozmawiali po drodze. Tylko szli i patrzyli w wychodzące właśnie gwiazdy. Widok był piękny. Veronica czuła się jak w 7 niebie. Blaise bardzo cieszył się, ze spędzonego razem po południa. Przeszli przez pokój wspólny i razem weszli na kilka schodów prowadzących do dormitoriów. Blaise się zatrzymał i stanął twarzą w twarz do dziewczyny. No, nie dosłownie bo był jakieś 20 cm wyższy. Dłonią złapał za twarz Veronici i zbliżył się bardzo blisko. Veronica stanęła na palcach i pocałowała chłopaka. Nie trwało to dłużej niż 5 sekund, ale dla nich to było wystarczająco długo. Chłopak puścił dziewczynę i uśmiechnął się szeroko.
-Do jutra, Veronica.
-Do jutra.- odpowiedziała i ruszyła do swojego dormitorium.
Nie było tam nikogo po za Rose. Veronica usiadła na swoim łóżku i myślała co przed chwilą zaszło.
Lily i Annabeth siedziały przy ślizgońskim stole i rozmawiały o zwykłych, dziewczęcych tematach. Były tam dość już długo. Do sali wszedł Draco pewnym krokiem. Za nim szli Crabbe i Goyle. Lily spojrzała na chłopaka i wstała z miejsca. Podeszła do niego a on się uśmiechnął.
-Hej. Co tam?- zapytał.
-Cześć. Chciałam się zapytać o coś...- spojrzała na goryli chłopaka a on ich odesłał do stołu.
-Tak? O co chodzi?- spytał.
-Czy Twoja propozycja jest nadal aktualna?- spytała Lily łapiąc dłonią prawe przed ramię.
-Naturalnie. Zdecydowałaś się już?- zapytał trochę głośno po czym odchrząkł i rozejrzał się po sali.
-Myślę, że miło by było pójść na Bal...- rumieni się dziewczyna.
-To super! Będę czekać na Ciebie jutro przed salą, w porządku?- zapytał wyraźnie uradowany.
-Oczywiście.- uśmiechnęła się dziewczyna. Chłopak ją przytulił i odszedł dość szybko.
Lily ponownie usiadła koło przyjaciółki również wyraźnie ucieszona. Annabeth posłała jej dziwne spojrzenie z uśmiechem i wstała od stołu. Ruszyły do swojego dormitorium.
Nazajutrz był ten dzień, upragniony przez wielu. Wiele dziewczyn w ogóle nie przyszło na zajęcia. I za to dostaliśmy więcej prac domowych. Na obiad była smażona kaczka z ziemniakami. Dziewczyny zmarnowane ruszyły do swojego dormitorium. Równo wszystkie padły na swoje łóżka ze zmęczenia. Dziś też ogłoszono, że w ślizgońskiej drużynie Quidditcha brakuje 4 graczy. Lily, Annabeth, Emily i Veronica chcieli się dostać do drużyny. Zapisy miały się odbyć za dwa dni.
Dochodziła 15, a Bal zaczynał się o 20. Do tak późnej pory dziewczyny odpoczywały w łóżkach. Smętnie zabrały się do strojenia. Każda każdej pomagała. Lily Emily, Emily Rose, Rose Veronice, Veronica Annabeth, Annabeth Lily. Dziewczyny z każdą chwilą miały coraz mniej czasu a w cale się nie spieszyły. Szybka toaleta, fryzury, makijaże i przymiarka suknienek. Pierwsza wyrobiła się Annabeth. Miała białą sukienkę do kolan z długim rękawem. Wyszła machając dziewczynom pożegnanie. Kolejna wyszła Rose, ubrana w brąz sukienkę do połowy uda. Trójka pozostałych nadal nie skończyła.
Do pokoju ktoś zapukał. Lily podeszła do drzwi i je lekko uchyliła. Był to Terence z bukiecikiem kwiatów w dłoni. Lily się uśmiechnęła i powiedziała aby chwilę zaczekał. Kiwnął głową lekko. Emily była lekko spanikowana ale gotowa. Miała piękną, karmelową suknię do kostek. Przód był nieco krótszy niż tył i można było zobaczyć jej buty. Miała także proste, rozpuszczone włosy. Złapała się za serce i otworzyła drzwi. Szczerze się uśmiechnęła i wyszła bez słowa. Siostry były gotowe po pięciu minutach. Otwarły drzwi i ruszyły w stronę Wielkiej Sali. Veronica miała płaską, lekko zieloną sukienkę do kostek bez rękawów. Włosy spięte w warkocz, który przechodził po całej głowie. Lily miała rozkloszowaną, czarną sukienkę do kostek. Na plecach było dość spore wycięcie i przy dole kokarda. Włosy miała rozpuszczone i pofalowane. Dziewczyny szły pewnie przed siebie.
Tuż przy drzwiach stał Blaise. Miał czarny garnitur i odpiętą marynarkę. Przy szyi miał zielony krawat. Oczy rozpromieniły mu się gdy zobaczył Veronice. Podszedł do niej prędko i wręczył jej mały bukiecik. Ona pocałowała go w policzek. Złapali się za ręce i ruszyli przed siebie. Niedaleko drzwi tańczyła już Annabeth z Fred'em. Lily uśmiechnęła się w jej stronę, ale logiczne że nie zauważyła tego, była za bardzo zajęta. Lily usiadła samotnie na jednej z ławek przed salą i czekała spokojnie.
Emily tańczyła z Terence'm na środku sali. Bawili się i śmiali ile mogli. Po skończeniu rytmicznej piosenki podeszli do mini baru i wzięli pącz. Emily oparła się tyłem o stół i uśmiechnęła w kierunku chłopaka. Odwzajemnił to i złapał jej dłoń. Zbliżył się bardzo blisko i pocałował w usta. Zaskoczona dziewczyna odskoczyła lekko ze zdziwienia, jednak dała upust i również go pocałowała.
Blaise i Veronica weszli na salę. Niektórzy patrzeli na nich, ale większość skupiała się raczej na sobie. Znaleźli wolne miejsce przy barze i wzięli trochę pączu. Chłopak cały czas się peszył, ale przez to wydawał się jeszcze bardziej słodki dla Veronici. Po wypiciu złapał ją za rękę i poprosił do tańca. Ta nie odmówiła. Znaleźli kawałek miejsca dla siebie i zaczęli tańczyć. Akurat włączyli wolną piosenkę. Veronica położyła dłonie na ramionach chłopaka. On położył swe dłonie na talii dziewczyny. Zaczęli się wolno kołysać na prawo i lewo wciąż się do siebie uśmiechając.
Lily patrząc przez otwarte drzwi zaczęła mieć dosyć. Wstała z miejsca i ruszyła w stronę lochów. Zatrzymał ją jednak znajomy głos. Odwróciła się spiesznie. Podszedł do niej blondyn. Miał na sobie czarne spodnie i luźną, białą koszulę. Ostatni guzik nie był zapięty. Przeprosił za spóźnienie i pochwycił dłoń dziewczyny. Zbliżył się za szybko i pocałował w policzek. Zaskoczona otwarła szeroko oczy. Wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko i je otworzył. W środku leżał piękny naszyjnik z serduszkiem. Lily nadal była w poważnym szoku. Draco uśmiechnął się i zabrał się za zakładanie prezentu dziewczyny. Ruszyli do sali. Właśnie skończyła się powolna melodia i zaczęła energiczna. Zaczęli tańczyć.
Cała sala była pełna śmiechu o radości. Wszyscy tańczyli. W pewnym momencie muzyka ucichła a na podest weszła wice dyrektor, Minerva McGonagall. Oznajmiła, że od początku Balu wszystkich obserwuje i czas wybrał Królów dzisiejszego spotkania. Wszyscy ucichli i zaczęli nasłuchiwać głosu profesorki. Wyciągła różdżkę, aby wskazać wybrańców światłem z góry. Wiele dziewczyn oczekiwało tego momentu. Profesor wybrała po dwie królowe i dwóch króli. "Annabeth Affird i Fred Weasley!" padło z jej ust. Oczywiście Weasley urządził mały pokaz. "Rose Zabini i Mark Collin" dodała po krótkiej przerwie. Cała czwórka podeszła do nauczycielki i odebrali co im się należało, korony.
Tańce trwały do rana, ale większość wymiękła już o 3. W tym i Emily, Rose i Veronica. Annabeth tańczyła z Fredem do białego rana. Lily poszła z Draconem na spacer trochę odsapnąć. Wyszli około 2 ze szkoły i usiedli na ławce niedaleko wejścia. Rozmawiali głównie o Balu, ale także zdażały się momenty, w których Draco chciał o coś zapytać, ale nie miał chyba dość odwagi. Wrócili do dormitoriów o około 4. Chłopak pocałował dziewczynę na noc w policzek i odszedł. Lily uradowana weszła po cichu do dormitorium. Wzięła z kufra piżamę i poszła się przebrać do łazienki. Wyszła z 10 minut. Odłożyła sukienkę na kufer i położyła się do łóżka. Wszyscy spali do połoudnia.